W środę nasza mała leśna dzikuska musiała przejść operację w lecznicy weterynaryjnej w Rzeszowie. Okazało się, że rana którą braliśmy za niegroźne skaleczenie (trudno jest dokładnie obejrzeć zwierzątko z tak ostrymi kłami) jest w rzeczywistości dużą, starą raną, na dodatek zanieczyszczoną i już gnijącą. Tłumaczy to dlaczego kuna nie uciekała na drzewo i siedziała bezradna na ziemi, miała więc ogromne szczęście, że się na nią natknęłam!
Dzięki uprzejmości panów doktorów z Pandy, rana została oczyszczona i zaszyta a pacjentka dostała zastrzyki z antybiotykiem. Wczoraj powtórzyliśmy zastrzyki – podskórny i do rany, między szwy. Kuna wszelakie stresy zniosła bardzo dzielnie, nie straciła apetytu a nawet raz spróbowała ucieczki ze swojego pudła (nikt nie przepada za kłuciem!).